Marzenie o tym, żeby zwiedzić Helsinki
pojawiło się w mojej głowie wieki temu – jeszcze kiedy chodziłam do
podstawówki tata pokazał mi zdjęcia i opowiadał o Finlandii. Wtedy wydawało mi
się jednak, że jest to jakoś bardzo daleko, zupełnie inny i niedostępny świat.
Mijały lata, a ja dorastałam z tymi
Helsinkami w tle, lecz bez dokładania większych starań o to, żeby marzenie
spełnić. To nawet zabawne, bo w między czasie zdążyłam polecieć do Hiszpanii,
zwiedzić Włochy, szaleć w Grecji… Były to jednak wakacyjne wyjazdy, miało być
ciepło, słonecznie i beztrosko. Finlandia z pewnością nie kojarzyła
się natomiast z miejscem, w którym można wygrzać kości i zamienić bladą
skórę czekoladę.
I nagle, zupełnie bez uprzedzenia albo
jakiegokolwiek przygotowania, przyjaciółka powiedziała, że można kupić tanie bilety promowe do
Helsinek. Wymyśliła to tak: bierzemy urlop na piątek i poniedziałek, w piątek
jedziemy do Gdańska i spędzamy dzień z przyjaciółmi, a późnym wieczorem
wsiadamy w Gdyni na prom. Sobota i niedziela w Helsinkach, w poniedziałek z
rana powrót do Gdyni i do domu.
Szybko podliczyłam koszty i uznałam, że
to co zawsze wydawało mi się jakieś nierealne jest całkiem tanie i „do
zrealizowania”.
W planie zmieniłyśmy jedynie dzień
wyjazdu – uznałyśmy, że nie ma już sensu płacić za nocleg z niedzieli na
poniedziałek, skoro mamy wyruszyć z samego rana i zdecydowałyśmy się na
prom w nocy, dzięki temu w poniedziałek spędziłyśmy jeszcze trochę czasu w
Trójmieście.
Muszę przyznać, że mocno naładowałam
akumulatory, szczególnie że jesień zaczyna dawać się we znaki i pojawiają się
głupie humory. Teraz wiem, że sama będę śledzić ceny za bilety promowe w
kierunku Skandynawii – można upolować naprawdę fajne oferty, a uwierzcie mi –
te kraje na północy to zupełnie inna bajka niż Hiszpania czy inna Grecja.
